Szczupły, żylasty człowiek był generałem; wysoki i wymizerowany, jak strach na wróble, twardy, jak metal z odzysku. Ze swego słusznego, jak na Ziemianina, wzrostu spoglądał łaskawym okiem w dół, na niezgrabną, powolną istotę przed nim. Mogła się ostrożnie posuwać do przodu na swych czterech pękatych nogach. Podobne do sznurów czułki, które wyrastały z obu stron dziwnych, czworokątnych ust nie były dość mocne, by choćby raz unieść miękką, przednią część ciała z podłogi. Choć wiedział, że to nieprawda, patrzył na wysiłki istoty, jako na akt poddania.
Generał odgryzł kęs wzbogaconego wafla czekoladowego, który trzymał w ręku i przyglądał się przybyszowi.
- Proszę mi wybaczyć, że się przypatruję. Nigdy przedtem nie widziałem żywego Amplitura.
- Straight-go-Wise cieszy się, że może zaspokoić twoją ciekawość. - Czułek wykonał delikatny gest. - Jestem odpowiedzialny za demontowanie wojskowej infrastruktury na tej planecie.
Zafascynowany patrzył, jak Ziemianin je.
- Dzięki wam Krygolici są równie zdyscyplinowani w klęsce, jak i w boju. Bardzo pomogliście.
- Rąbiemy w nasz świat. - Translator zepsuł pierwszą próbę i generał musiał poczekać na drugą. W międzyczasie Amplitur podziwiał proste linie uniformu dwunoga, sztywnego poniżej rumianej, wyrazistej twarzy. - Współpracujemy, jak możemy najlepiej.
- Wiem. Nie mógłbym oczekiwać lepszej kooperacji. - Generał odchylił się w swoim fotelu. - Wiesz, nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego w ogóle zaczęliście tę wojnę. Co innego propagować jakąś filozofię, a zupełnie co innego wszczynać z jej powodu wojnę.
- Czasem sam się zastanawiam. Pamiętaj, że to wszystko zaczęło się wiele, wiele setek lat temu. - Amplitur był tak spokojny, jak tylko mógł, przebywając w towarzystwie Ziemianina. - Może ty sam zastanawiałeś się od czasu do czasu, co mogłoby się stać, gdyby cała inteligencja mogła być skupiona na jednej sprawie?
- Nie zdarza się tak - lakonicznie oświadczył generał. - Więc nigdy o tym nie myślę. Inteligencja jest zbyt kapryśna. To prawie cud, że Gromada wytrwała wystarczająco długo, by was pokonać. Ale nie muszę ci tego mówić. Teraz już wiecie, że myliliście się w waszych wstępnych założeniach.
Macka zatrzepotała.
- Może nasz błąd tkwił nie w założeniach, ale w metodologii.
- Tak? - Oczy generała zwęziły się. Jego głos czasem brzmiał słabo, ale miał ostry, dociekliwy umysł. - A więc nie zarzuciliście całkowicie swego "Celu"?
- Gdyśmy się poddali, zgodziliśmy się zakończyć wojnę przeciw Gromadzie i powstrzymać od przymusowego nawracania innych na naszą wiarę. Nie było mowy o tym, że sami musimy się jej wyrzec, albo, że nie możemy udzielać informacji tym, którzy dobrowolnie chcą ją przyjąć.
- Interesujące. - Ziemianin ze znudzeniem wpatrywał się w sufit, Amplitur popatrzył na niego wielkimi, złotymi oczyma.
- Wyglądasz na zajętego czym innym.
Generał opuścił wzrok.
- Bo jestem. Jak większość moich kolegów, spędziłem całe życie w wojsku. To może być moja ostatnia placówka. Jestem za młody, by przejść na emeryturę i nie wiem, co dalej robić. Czy z wami jest podobnie?
- Rzadko. Zwykle wiemy, co będziemy dalej robić.
- No cóż, macie szczęście. Mam kuzyna, który posiada zakład, produkujący buty. Zaprasza mnie do spółki.
- Słyszałem, że dla Ziemian podjęcie decyzji o tym, co robić ze swoim życiem może być bardzo trudne. My nie mamy takich problemów. Jestem pewien, że będziesz zadowolony ze swego wyboru. Na szczęście, już wkrótce nigdzie nie będzie potrzeba dużych sił zbrojnych. Wszędzie zapanuje pokój i cisza. Nikt nie będzie już walczył. To dobrze.
- Tak, to dobrze - generał przytaknął bezbarwnym głosem. Amplitur poczuł przypływ nadziei, którą rzecz jasna starał się ostudzić. Nie było się czym przejmować, było bowiem nieprawdopodobne, żeby Ziemianin potrafił właściwie zinterpretować nagłe pojawienie się w wielu punktach otyłego ciała jaskrawo żółtych plam, ale Straight-go-Wise wolał być ostrożny.
Wyczuł, że Ziemianin był skłonny kontynuować rozmowę. Straight był równie chętny, by zaspokoić ciekawość dwunoga.
Członkowie Rady byli uprzejmi. Będąc Waisami, nie mogli być inni. Ale oni byli bardziej uprzejmi, niż zwykle. A to był zły znak.
Powstrzymując niecierpliwość, przestrzegała ustalonego trybu postępowania i wreszcie doczekała się audiencji. Dzięki temu, że posiadała wysoką pozycję uczonego, pięciu starszych naukowców ze współczuciem wysłuchało jej aplikacji, ale pomimo jej największych wysiłków, odmówili jej poparcia.
- Nawet, jeśli to, co mówisz jest prawdą - stwierdziła Wielka Aumemenaht - cóż my możemy w tej sprawie zrobić? Przez całą Wielką Wojnę Waisom udawało się stykać z właściwym konfliktem jedynie bardzo powierzchownie. Tak samo powinno być w czasie pokoju. - Jej koledzy wydawali pogwizdywania i poświstywania, wyrażające jednomyślność .
- Święta racja. - Mówiąc to, senior siedzący obok niej muskał swe pióra. Mimo wieku, ciągle był zdolny płodzić potomstwo. Lalelelang nastroszyła swój czub.
- Mówię wam, że jeśli nie zajmiemy się tym problemem teraz, będziemy musieli zająć się nim, gdy już się rozszerzy. Nawet do nas.
- To, co przepowiadasz w swoich hipotezach, nie może rozszerzyć się na Waisów. - Wielki Prewowalong wyśpiewał swoje przeświadczenie spomiędzy dwóch misternie skomponowanych bukietów świeżych kwiatów. Za plecami członków Rady cieszyły oczy eleganckie, purpurowe, zielone i złote spirale Uznanego Hoututidada. Pływały zawieszone w oleju, układając się w piękne wzory.
- Musimy poczynić przynajmniej minimalne przygotowania - nalegała Lalelelang.
- Do czego? - Wielka Aumemenaht wyciągnęła oba skrzydła i przeciągnęła się, potrząsając z naciskiem lotkami. - Nie możemy zaalarmować rządu z powodu teorii. Nie masz żadnego dowodu, jedynie przypuszczenia.
- Jest dowód, ale dla tych, którzy umieją patrzeć. - Uważała, by swoją repliką nie rzucać oskarżeń, co byłoby nieuprzejme. - Odpowiędnie informacje są dostępne dla wszystkich. Ja tego nie wymyśliłam. Ziemianie już zaczynają walczyć pomiędzy sobą. Ile czasu potrzeba, by to ich całkiem zniszczyło, albo rozprzestrzeniło się i ogarnęło innych członków Gromady? Nie widzicie, że Ampliturowie chcą pokojem osiągnąć to, czego wojną nie potrafili zdobyć?
- Ampliturowie - stwierdził Wielki Naiwenlileng - chcą osiągnąć zadowolenie. Do tego chwalebnego celu podchodzą z podziwu godną i rozważną determinacją. Przez tysiąclecie, kiedy walczyliśmy ze sobą, nigdy nie zdarzyło się, by kłamali. Cóż nas obchodzą Ziemianie? A jeśli, jak twierdzisz, może się zdarzyć, że ich wewnętrzne swary rozprzestrzenią się i wciągną inne gatunki, Gromada zajmie się tym w odpowiednim czasie. Do tego momentu, lepiej, jak zwykle, zostawić Ziemian w spokoju.
- Jeśli Ampliturowie potrafią się przystosować do pokoju, mogą to zrobić również Ziemianie - dodał Wielki Prewowalong.
- Ampliturowie są cywilizowani - upierała się.
- Jak zwykle, akademiczko Lalelelang, twoje teorie są interesujące, ale nie bardzo przekonywujące - emocjonalnie powiedziała Wielka Aumemenaht. - Jesteś cenną pracownicą uniwersytetu. Nie daj się wciągnąć w żadne obrazoburstwo i nie zmarnuj swego dorobku. Ilu innych ekspertów w tej dziedzinie przychyla się do twoich ustaleń?
- W mojej dziedzinie nie ma innych ekspertów. Przynajmniej nie na tym poziomie, na jakim ja pracuję.
- No właśnie. Jesteś odosobniona w swoich teoriach. Wracaj do swoich badań, Wysoka Historyczko Lalelelang i nie zatruwaj swoich myśli troską o przyszły bieg ziemiańskich spraw. Zwycięska Gromada wszystko kontroluje.
- Ziemianie pod kontrolą. Ciekawa koncepcja - mruknęła do siebie.
- Ich stanowisko jest zrozumiałe. - Wielki Nauvenlileng przemówił z zapałem kogoś, kto uważa swą pozycję za niezachwianą. - Takich sporadycznych gwałtownych sprzeczek można się było spodziewać. Będą krótkotrwałe, choć hałaśliwe, a zanikną dopiero jak Ziemianie stworzą dojrzałą cywilizację, czego jak dotąd nie potrafili. Gromada, tak samo jak zachęcała ich, by zostali wspaniałymi żołnierzami, tak teraz pomoże im docenić korzyści płynące z trwałego pokoju.
- To nie będzie łatwe - zgodziła się Wielka Aumemenaht - ale wszyscy są przekonani, że da się osiągnąć.
- To mogłoby się udać, gdyby było zastosowane wtedy, gdy nawiązano pierwszy kontakt - oponowała Lalelelang - ale nie teraz. Już nie. Zbyt długo wykorzystywaliśmy ich naturalne inklinacje.
- Znajdą swoją niszę w wielkiej wspólnocie Gromady tak, jak wszystkie pozostałe gatunki.
- Jeśli Gromada przetrwa. Była utworzona dla specyficznego celu: by walczyć z Ampliturami. Teraz, gdy nie ma już tej potrzeby, czy będziemy utrzymywali bliskie kontakty z Massudami? Czy Massudzi, którzy prywatnie nie znoszą S'vanów, nadal będą z nimi paktować?
- Jeśli nie coś większego, sama inercja utrzyma Gromadę - powiedział Wielki Partouceceth. - Tysiącletni związek tak łatwo się nie rozleci.
Aumemenaht zrobiła prawdziwe przedstawienie ze sprawdzania swego oficjalnego chronometru.
- Daliśmy ci więcej czasu, niż było przewidziane. Wysłuchaliśmy twojego opowiadania o niepokojach, spostrzeżeniach i teoriach. Przykro mi, ale inni też chcieliby z nami rozmawiać. - To było formalne odprawienie petenta.
- Jeśli nie zaczniemy zajmować się tym problemem teraz, szybciej niż myślicie, będzie za późno!
Po tym niezwykłym złamaniu zasad uprzejmości, kilkoro uczonych wpatrzyło się w nią. Byli zaszokowani, a Wielki Nauvenlileng bliski był omdlenia.
Aumemenaht zachowała zimną krew. To jej pozostawiono odpowiedź, co uczyniła z tak wielkim spokojem, na jaki mogła się zdobyć;
- Niektórzy odnoszą wrażenie, że zbyt długo przebywałaś w terenie, Wysoka Akademiczko Lalelelang, i że, nie z własnej woli, przyswoiłaś sobie pewne zachowania, pewne nawyki kultury, która jest pośledniejsza od naszej. To się już zdarzało. Wiadomo nam, że poniosłaś uszczerbek na zdrowiu. W związku z tym, sugeruję w imieniu własnym, jak również moich kolegów, pozostali wyrazili swe całkowite poparcie miękkim pogwizdywaniem, abyś wzięła urlop i poświęciła trochę czasu na ponowne zintegrowanie się ze społeczeństwem, od którego tak długo byłaś odseparowana.
Oszołomiona własną zuchwałością i rozmiarem swego wykroczenia, Lalelelang pospiesznie zaprezentowała zawiłe przeprosiny, wyrażone słowami i gestami. Ułagodziło to Radę, która była wyrozumiała, ale nieugięta.
Opuściła spotkanie niezadowolona i zniechęcona. Miała nadzieję, choć tak naprawdę nie wierzyła w to, że uzyska więcej. A teraz, poniósłszy uszczerbek na swojej naukowo-socjalnej reputacji i nie osiągnąwszy nic w zamian, szukała pociechy w swojej triadzie.
Obu siostrom udało się nieco jej pomóc, ale nie potrafiły jej uspokoić. Podobnie jak Rada, nie podzielały oburzających teorii Lalelelang. Co więcej, poradziły jej, że powinna słuchać mądrych rad seniorów i poświęcić się dalszemu systematyzowaniu ogromnej ilości wiedzy, którą zgromadziła w czasie swych śmiałych podróży.
Podziękowała im, ale oświadczyła, ku ich przerażeniu, że nadal będzie postępowała zgodnie ze swoim sumieniem.
Wiedziała, że każdy normalny Wais uznawał cały ten temat za wstrętny. Nie mogła obwiniać swoich współbraci. Nie sądziła też, żeby jej tezy znalazły większy posłuch wśród S'vanów, czy Hivistahmów.
Zbliżający się kataklizm był nieunikniony. Nie było żadnej pomyłki. Jej teorie go przewidziały. Przynajmniej, pomyślała zrezygnowana, dobrze że ja tego nie dożyję.
Przebywała w swoim biurze, gdy zaanonsowano gościa. Podany kod świadczył o tym, że nie jest to student, ani żaden z jej kolegów naukowców. Na chwilę ogarnęło ją podniecenie, przypominała sobie podobną wizytę, nie tak dawno temu.
Gdy jej gość wreszcie przybył, musiała przyznać, że jest równie zaskoczona, co rozczarowana.
S'vanka na próżno szukała miejsca, na którym mogłaby usiąść. Niska i przysadzista, nie mogła się zmieścić w fotelu, przystosowanym dla o wiele szczuplejszych Waisów, nie miała też szans dosięgnąć do ceglanego murka pod oknem, na którym swojego czasu siedział inny gość.
W jednym z kątów stała duża donica z rośliną, której smukłe konary sięgały sufitu, nim pokryły się obwisłymi liśćmi. S'vanka przysiadła na niej, niepewnie balansując na krawędzi i zaczęła gładzić swą krótką, starannie przystrzyżoną bródkę, która charakteryzowała samice S'vanów. Grube, czarne loki z przodu i z tyłu głowy były wypomadowane substancją, która sprawiała, że opalizowały i błyszczały pod padającym z góry światłem. Jej okrycie było tradycyjnie jaskrawe i krzykliwe i nie miało w sobie nic z subtelności strojów Waisów.
- Czego ode mnie chcesz? - S'vański Lalelelang był płynny i pozbawiony obcego akcentu. Jej rozczarowanie nie zdołało całkowicie zdławić ciekawości. - Czy reprezentujesz jakąś instytucję naukową?
- Można tak powiedzieć. - S'vanka była bardzo bezpośrednia. - Moja obecność tutaj jest półoficjalna, choć wszyscy poza tym biurem wiedzą, że to spotkanie jest nieformalne. Organizacja, którą reprezentuję od dawna interesuje się twoją pracą. Moi współbracia są szczególnie zaintrygowani niektórymi z twoich niedawnych publikacji, w których jak szalona gardłujesz na temat jednej z twoich ulubionych teorii. - Gość zmienił swoją pozycję na donicy. - Wygląda na to, że niezbyt dobrze wychodzą ci próby zainteresowania nią kogokolwiek.
- Na to wychodzi.
S'vanka zaklekotała zębami.
- Jesteś niezwykle bezpośrednia, jak na Waisa. Kładę to na karb długiego czasu, który spędziłaś blisko współpracując z Ziemianami. Przy okazji: nazywam się Ch'vis.
- Nie ulega wątpliwości, że moje badania wpłynęły na mnie w jakiś sposób - odrzekła Lalelelang. - Jeśli wolisz mieć do czynienia z tradycyjną grzecznością Waisów, mogę cię przedstawić kilku kolegom, którzy są zaznajomieni z moimi badaniami.
- Nie, nie. Myślę, że lepiej porozmawiać z tobą. - Podrapała się w kark, gdzie gęste, czarne kędziory ginęły pod kołnierzem kombinezonu. Lalelelang wzdrygnęła się lekko. Jedna z różnic między człekokształtnymi S'vanami, a Homo Sapiens polegała na tym, że ci ostami nie mieli dobrych manier. S'vanowie mieli je, ale często ignorowali. S'vanowie byli też jednymi z nielicznych inteligentnych istot, na które Waisowie mogli spoglądać z góry, choć niskie, owłosione dwunogi miały znacznie masywniejszą od nich budowę.
- A co cię aż tak zainteresowało w mojej pracy, że do mnie przyszłaś? - spytała.
- Inni badali to dokładniej, niż ja, ale sednem sprawy wydaje się być twoje twierdzenie, że teraz, gdy wojna jest skończona, pozbawieni celu istnienia Ziemianie rozpoczną krwawe walki przeciw Gromadzie, przeciw samym sobie, albo i to, i to. Przewidujesz nastanie niekontrolowanego konfliktu, który może zniszczyć cywilizację.
Lalelelang pochyliła do przodu szyję i mrugnęła jednym okiem w wyjątkowo wymowny sposób.
- Nieuczone, choć trafne podsumowanie.
- Organizacja, którą reprezentuję, jest pełna uznania dla wiedzy, którą zgromadziłaś, by zweryfikować swe hipotezy.
- Naprawdę? - Zatrzepotały rzęsy. - A cóż to za organizacja?
- To nie ma znaczenia. - Ch'vis oparła się o pnie drzewa. Wygięły się one alarmująco i S'vanka znów usiadła prosto. - Miłe miejsce do pracy. Ładny widok, cicho.
- Czy ofiarowujesz mi wsparcie? - spytała Lalelelang.
- Nazwijmy to wymianą korzyści. Widzisz, członkowie grupy z którą współpracuję pilnie obserwują Ziemian od czasu gdy przyłączyli się do wojny przeciw Ampilturom. Nasze konkluzje częściowo się pokrywają. A może myślałaś, że twoja praca jest unikalna?
Niepewnie poruszyła się w roboczym gnieździe.
- Wiem, że nie jest. Miałam wiele kontaktów z naukowcami nie-Waisami, którzy mieli podobne zainteresowania, ale rzecz jasna ta korespondencja nie obejmowała wszystkich.
S'vanka zareagowała kłapiąc podwójnymi siekaczami.
- Nic dziwnego, że o nas nie wiesz. Nie szukamy reklamy.
- Więc jeśli wasi naukowcy zgadzają się z moimi konkluzjami, musicie zdawać sobie sprawę, że stanowcza interwencja jest niezbędna.
Ch'vis oglądała swoje palce.
- Niekoniecznie. Wielu z nas uważa, że tak długo, jak niszczycielska energia Ziemian skierowana jest przeciw nim samym, Gromadzie nic nie zagraża.
- To nie jest cywilizowane podejście.
S'vanka ostro na nią spojrzała:
- Instynkt samozachowawczy ma pierwszeństwo przed cywilizowanym zachowaniem. Zgadzamy się z twoją analizą natury Ziemian. Zawsze walczyli i zawsze będą walczyli. Kontakt z Gromadą tego nie zmienił i nie zmieni. Dopóki ich wewnętrzne wojny nie rozszerzą się na inne światy, sądzimy, że powinno się im pozwolić stosować tradycyjne formy rozrywki bez przeszkód. Jednocześnie nie ignorujemy ich zupełnie, ponieważ, jak słusznie zauważyłaś, możemy ich jeszcze potrzebować w odległej przyszłości, by zwalczyli jakieś niewyobrażalne zagrożenie. Tak więc próbujemy nimi kierować, podsycać agresję. Należy pozwolić im nawzajem zabijać się, ale nie dopuścić do nadmiernego osłabienia.
- Kierować Ziemianami? To dziwaczny pomysł.
- Są pewne sposoby - nalegała S'vanka. - Myślimy, że można to przeprowadzić pomyślnie i dyskretnie. Od pierwszego zetknięcia się z nimi dużo nauczyliśmy się. Są bardziej podatni, niż myślisz. Oczywiście Waisowie, choć to nie wasza wina, nie mogliby pokierować takim przedsięwzięciem. Jednakże my, S'vanowie, jesteśmy trochę bystrzejsi.
- Chcesz powiedzieć: przebiegli i kłamliwi.
Ch'vis podłubała w uchu grubym palcem:
- Dobrze opanowałaś mój język, ale nie doszłaś do perfekcji. Musiałam się przesłyszeć.
Lalelelang wpatrywała się w S'vankę niedowierzająco:
- A więc moglibyście im pomóc, ale nie zamierzacie tego zrobić. Pozwolicie im prowadzić między sobą wojnę w granicach parametrów, ustalonych przez was odgórnie, bez względu na ich dobro.
- Bez naszej interwencji, zniszczyliby się całkowicie - spierała się Ch'vis. - Z tą częścią twoich badań zgadzamy się bez zastrzeżeń. Byli o krok od zrobienia tego, gdy Gromada ich odkryła. Przypomnij sobie historię Ziemian. Posunęli się aż do użycia przeciw sobie broni nuklearnej!
- To był pojedynczy wypadek i więcej się nie powtórzył.
S'vanka prychnęła pogardliwie:
- Na szczęście, ale to nie świadczy o permanentnej zmianie zachowań. Gdyby Gromada się nimi nie zainteresowała, pewnie do tej pory już by siebie unicestwili. - Uśmiechnęła się lekko. - Poza tym, co w tym złego? Oni lubią walczyć. Zmniejszymy ich populację, ale i ocalimy. Rasa ludzka nie ma porządnej cywilizacji. Są zasobami, którymi trzeba zarządzać. Jeśli pomoże się im pozbyć agresywnych tendencji, zniszczy się rezerwy wojowników.
Ześlizgnęła się z donicy i poprawiła fałdy ubrania.
- Dlaczego przebyłaś tak długą drogę, żeby mi to powiedzieć? - chciała wiedzieć Lalelelang.
- Twoja sława sięga poza Mahmahar, a czynisz dużo hałasu wokół tej sprawy. Twoje studia nad socjalnym współżyciem Ziemian i nie-Ziemian w warunkach bojowych są pionierskie. Naprawdę powinnaś się na nich skoncentrować, zamiast głośno wygłaszać opinie o czymś, czym się już zajęto.
Historyczka walczyła z ogarniającymi ją dreszczami.
- Ch'vis, czy ty mi grozisz?
- Ależ skąd! - S'vanka uniosła obie ręce w parodii oburzenia. - Jak możesz myśleć o czymś tak niecywilizowanym? My tylko, jako tacy sami naukowcy, jak ty, sugerujemy, żebyś zawęziła pole swych wysiłków i skupiła się na swojej dziedzinie, w której jesteś niezastąpiona. - Ruszyła w kierunku drzwi. - Mamy bardzo rozbudowane możliwości modelowania, Wykreśliliśmy kilka ewentualnych scenariuszy, dotyczących przyszłości Ziemian i jesteśmy całkowicie pewni, że ten, który wybraliśmy, jest najlepszy nie tylko dla całej Gromady, ale również dla nich.
- Czy oczekujecie, że będę patrzeć i nic nie robić?
- Nic od ciebie nie oczekujemy, Wielka Akademiczko Lalelelang. Uprzedzono mnie, by nic od ciebie nie oczekiwać. Niczego tu dziś nie żądałam, nie wysunęłam żadnego ultimatum. Jako przejaw szacunku, jaki żywimy dla ciebie i twych niezależnych osiągnięć, polecono mi przybyć tutaj i dostarczyć ci tę informację.
- Chcesz powiedzieć: skłonić mnie do wycofania się za zasłonę milczenia.
- Trudno jest wyrazić gorycz w moim języku, ale ty czynisz to bardzo dobrze - z podziwem zauważyła Ch'vis. - To nie jest do ciebie podobne i nie jest potrzebne. Mam nadzieję pokazać ci kiedyś nasze modele. Wtedy zrozumiesz, że to, co robimy wyjdzie wszystkim na dobre.
- S'vanowie nigdy nie byli altruistami.
- Podobnie, jak Waisowie. Każdy pilnuje swoich interesów. I uwierz mi, w tym przypadku, wasze i nasze są zbieżne. Jesteś naukowcem i to godnym najwyższego podziwu. Ale naukowcy są niepraktyczni. - Sięgnęła, by uaktywnić drzwi.
- Zaczekaj! Czy są jeszcze inne organizacje, podobne do waszej? Pośród Hivistahmów, czy może O'o'yanów?
S'vanka zastanowiła się.
- Interesująca myśl. Z tego, co wiemy, nie. Jak sama wiesz najlepiej, dogłębne studiowanie Ziemian nie jest popularnym przedmiotem. - Dotknęła czujnika i drzwi odsunęły się na bok. - Chcielibyśmy dzielić się z tobą informacjami, historyczko. Możemy sobie nawzajem pomagać.
- Ale nie Ziemianom - odgryzła się Lalelelang.
- Twoje nastawienie powinno się zmienić, bo nie możesz nic w tej sprawie zrobić. Gdybyś wiedziała jakie ma ona poparcie, byłabyś wstrząśnięta.
Na tym Ch'vis zakończyła. Nie pożegnała się starannie i kwieciście, jak zrobiłby to Wais, ale w typowy dla S'vanów sposób, zgrzytnięciem kwadratowych zębów i żartem, rzuconym w drzwiach.
Lalelelang wpatrywała się w futrynę. Jeśli S'vanowie równie dobrze, jak ona zdawali sobie sprawę z problemu, ale nie chcieli nic zrobić, by go rozwiązać, jakie miała szansę? A co więcej, oni nie chcą go rozwiązać. Chcą go tylko kontrolować. To było nie fair wobec Ziemian, to było niebezpieczne. Nie podzielała również ich optymizmu odnośnie zarządzania ludzką agresją, która była czymś, co trzeba nieustannie przekształcać, a nie, czym można rządzić, jeśli Ziemianie mieli kiedykolwiek stać się pełnoprawnym członkiem Gromady i zająć należne im i ciężko zapracowane miejsce w głównym nurcie galaktycznej cywilizacji. Tylko wtedy można będzie być pewnym, że nie będą już stanowić zagrożenia dla siebie, ani żadnego innego gatunku.
Ale jeśli Gromada pozostanie niechętna w sprawie przyznania tego członkostwa, a wpływowa frakcja S'vanów zewrze szyki przeciwko niej, jaką miała nadzieję na powodzenie?
Poszuka pomocy w swojej własnej organizacji, wystarczająco potężnej i przebieglej, by w jakiś sposób przeciwstawić się wysiłkom spiskujących S'vanów. Wszystko będzie musiało się odbyć w sposób, który nie wzbudzi podejrzeń Ch'vis i jej kolegów. Lalelelang znała tylko jedną taką grupę, która miała potrzebne środki i determinację.
Z pewnością byli potężni, zaś ich umiejętność knowania dopiero pozna.